Nasza strona internetowa używa plików cookies (tzw. ciasteczka) w celach statystycznych, reklamowych oraz funkcjonalnych. Dzięki nim możemy indywidualnie dostosować stronę do twoich potrzeb. Każdy może zaakceptować pliki cookies albo ma możliwość wyłączenia ich w przeglądarce, dzięki czemu nie będą zbierane żadne informacje.

Zupa z krokodyla

Jedzenie
Typography

Jedną z bardziej ekscytujących czynności w Chinach jest jedzenie. Zwłaszcza, jeśli nie zna się chińskich znaków, albo zna się je niewystarczająco dobrze. Tym bardziej, że do restauracji z angielskim menu należy podchodzić z dużą dozą nieufności, bowiem zdarza się, że w takim miejscu ceny są znacznie wyższe od normalnych.

Płaci się za bycie z zewnątrz, za bycie nie-Chińczykiem i nieznajomość realiów –  to tak zwany „fereigner tax”(1). Odważni podróżnicy zamawiają na oślep, modląc się, by nie trafić na potrawkę z psa czy kota.

Dla amatorów mocnych wrażeń na talerzu szczególnie ekscytującym regionem jest Kanton. Po polsku mówimy o prowincji Kanton ze stolicą w mieście Kanton – po chińsku Guangdong ze stolicą w Guangzhou. Miasto to od wieku było jednym z najważniejszych portów Chin i jego mieszkańcy bardzo wcześnie zetknęli się z przybyszami z innych krajów. Na ulicy używa się tu języka kantońskiego, który znacząco różni się od mandaryńskiego, czyli mowy wspólnej Chin. Kanton jest też znany z miejscowej kuchni – powiada się, że kantończycy zjedzą wszystko, co ma cztery nogi, o ile nie jest to stół. Koty, psy, węże, nietoperze, szczury. Kilka lat temu światem wstrząsnęła szokująca wiadomość – okazało się, że jedna z prestiżowych restauracji w Guangzhou serwuje mięso z koali. Sprawa była poważna – koali nie wolno jeść, zareagowała australijska ambasada. Na szczęście okazało się, że był to koala made in China – to znaczy szczur bambusowy, którego mięso serwowano jako koalinę, żeby więcej zarobić. (2)

Popularne są smażone larwy jedwabnika – smakują jak czipsy, z tym że są miękkie w środku. Normą jest obecność w menu żab i żółwi. Przy żółwiu dodatkowym utrudnieniem jest sposób, w jaki bywa on przygotowany. Żółwia kroi się w całości, nie odrzucając nóżek czy głowy; razem z kośćmi i przynajmniej częścią skorupy. Jedzenie zamienia się w stresujący sport – wkłada się małe kawałeczki mięso-kości do ust, mając nadzieję, że to jednak głównie mięso, a nie, na przykład, głowa nieszczęsnego żółwia. 

Włócząc się po ulicach Guangzhou, można trafić na jeden z targów, pełnych stoisk z upchniętymi w sieci żywymi żółwiami i krabami. Dla nas, osób z zewnątrz, stanowi to bardzo smutny widok, ale tam to codzienność. Najbardziej w pamięci zapadło mi coś, co dostrzegłam kątem oka i dopiero po kilku krokach dotarło do mnie, co to było. Zawróciłam, by się upewnić. Miałam rację: łapa krokodyla. Leżąca sobie, jak gdyby nigdy nic, na tacy pełnej lodu, zaraz obok krewetek i całkiem zwyczajnie wyglądających ryb. Co to za miasto, gdzie gospodynie domowe wychodzą na targ, by kupić krokodyla na obiad!

W krokodylim parku (Crocodile Park – Chińczycy celują w dziwacznych parkach rozrywki) w okolicy Guangzhou funkcjonuje cała restauracja dedykowana krokodylinie. Można spróbować pięknie zaaranżowanego na talerzu ogona lub potrawy składającej się z łap w jakimś ciemnym sosie. Cały park jest rodzajem zoo, które specjalizuje się w hodowli krokodyli. Po dniu spędzonym na podziwianiu pięknych gadów można zakupić gustowną torebkę, a w sklepiku z pamiątkami stoi lodówka z mrożonymi porcjami gadziego schabu. Można też poobserwować turystów, którzy z bezpiecznie wysokiego mostu łowią krokodyle na wędkę, za przynętę mając krwistą porcję mięsa.

Na samym środku parku postawiono ławki i małe stoisko, w którym można kupić słodycze i zupę z krokodyla. Do każdej porcji dołącza się fragment grubej na kilka centymetrów skóry tego gada, chyba po to, by podnieść poziom adrenaliny jedzącego i uświadomić mu, że właśnie spożywa zupę z małego dinozaura.

Niestety, okazuje się, że krokodylina może i jest ekscytująca, ale smakuje podle.

Może następnym razem skupię się na poszukiwaniach restauracji serwującej nietoperze.

(1) To oczywiście nie żaden oficjalny podatek nakładany przez Chiny, a żartobliwe określenie, dość rozpowszechnione wśród osób, które lubią podróżować. Sytuacja zresztą dotyczy nie tylko Chin.

(2) O koalinie: http://usa.chinadaily.com.cn/epaper/2011-11/09/content_14065280.htm