Nasza strona internetowa używa plików cookies (tzw. ciasteczka) w celach statystycznych, reklamowych oraz funkcjonalnych. Dzięki nim możemy indywidualnie dostosować stronę do twoich potrzeb. Każdy może zaakceptować pliki cookies albo ma możliwość wyłączenia ich w przeglądarce, dzięki czemu nie będą zbierane żadne informacje.

Polski sklep w Chinach

Własna działalność gospodarcza
Typography

Kilka lat już minęło ale i taki epizod się mi przydarzył. Doświadczenie oraz znajomości wtedy zdobyte procentują do dziś. W Tianjinie, w okolicy gdzie mieszkałem w latach 2011/2013 otwierała się właśnie duża galeria handlowa. Jeszcze była nie wykończona ale już wisiały ogłoszenia wynajmu powierzchni handlowych. Poszedłem i zapytałem się o wolne lokale. Chińczycy w szoku na widok białego ale przedstawili mi swoją ofertę.

Galeria miała być otwarta za miesiąc, zostały jeszcze 4 wolne lokale. Oczywiście jako, że jestem obcokrajowiec w głowie pojawiły mi się sterty problemów z załatwieniem spraw formalnych, papierków. Jak się potem okazało były one tylko w mojej głowie, która zbyt mocno jeszcze tkwiła w realiach Unii Europejskiej (region/kolonia: Polska). Jednak się zdecydowałem. Zapytali co będę sprzedawał: mówię, że jako obcokrajowiec zajmę się sprzedażą rzeczy, które kojarzą się z Europą.

Po wpłaceniu kaucji 10 tyś rmb miałem już zarezerwowany lokal, prace budowlane wciąż trwały. Po 2 tygodniach oddali nam nasze sklepy w użytkowanie, w stanie surowym. Za czynsz płatne z góry za pół roku 36 tyś rmb. Trzeba jeszcze wykończyć lokal: gniazdka, dodatkowe oświetlenie, malowanie ścian, regały, szyld, itd. W międzyczasie jeździłem do Yiwu po towar. W Yiwu jest wszystko co europejskie, afrykańskie, rosyjskie, pamiątki z dżungli amazońskiej też produkuje się w Chinach, np. w hurtowni gdzie sprzedawano marynistyczne gadżety widziałem modele statków z napisami „Kołobrzeg”, „Korsarz”, „Bałtyk”, itd. Na stoisku z popiersiami pośród innych postaci historycznych znalazłem Piłsudskiego. Chyba zresztą sami już dobrze wiecie, że ciupagi i kierpce z Zakopanego są Made in China.

Był towar, był lokal, było zapłacone – w sumie zaraz by można działać. Jednak mój skażony unijną propagandą umysł cały czas podpowiadał mi, że przecież trzeba ogarnąć całą tę biurokrację związaną z rejestracją, że to w takim nowym lokalu to jak to, papiery muszą być; (pomimo, że i tak już wtedy byłem zagorzałym przeciwnikiem UE oraz miałem już wtedy półtorej roczny staż w Chinach). Postanowiłem, że na początek zarejestruje wszystko na pracownicę (bardzo dobra znajoma, nie było obaw że mnie wywałkuje) a potem się będę przerejestrowywał na mnie. Przepisałem na nią umowę najmu i poszliśmy do odpowiedniego biura aby się zarejestrować. Wchodzimy a tam luz-blues jaki znacie z moich poprzednich wpisów. Ja w szoku. Wpierw bo Pani w okienku powiedziała, że nasza galeria w ogóle nie istnieje na żadnych mapach, że nie ma takiego adresu. Myślę sobie, że może wałek właściciela galerii, pobrał czynsze a lokali nie ma. Ale jak nie ma jak są, inni też już gotowi na jutrzejsze otwarcie, ma być wielka pompa, tańce, fajerwerki, uroczysty obiad, itd. Pytamy kobiety w urzędzie co mamy robić a ona mówi, że „jak to co? handlować” a za jakiś czas jak właściciel załatwi papiery to dopiero wtedy się rejestrować. Szok dla mnie.

W galerii był taki system, że każdy sklep miał swój numer i jak przyszedł klient to ja pisałem paragon a on z paragonem szedł do zbiorczej kasy i tam płacił. Właściciel galerii wypłacał nam nasz utarg dwa razy w miesiącu na podstawie rachunków. I pomimo, że na papierze właścicielką była moja pracownica to każdy z biura wiedział, że to ja jestem szefem de facto i nigdy nie dawali jej naszego utargu ale przychodzili do mnie i to mój podpis był tym na podstawie którego robili wypłatę a obrót to nie tylko zysk więc sumy były spore. Ja w międzyczasie coraz bardziej zaprzyjaźniłem się z właścicielem tej całej galerii. Wspólne kolacje oraz libacje były codziennie. Po dwóch miesiącach moja pracownica musiała wracać w rodzinne strony. Lokal był wciąż formalnie niezarejestrowany. Mówię sobie, że póki co przepiszę na siebie umowę najmu. Poszliśmy do biura galerii z naszym egzemplarzem umowy i wtedy przeżyłem kolejny szok. Przepisanie wyglądało tak, że sekretarka wzięła umowę, skreśliła imię mojej pracownicy (formalnie właścicielki) i poniżej wpisała moje. Żadnych podpisów, parafek, nic. Oddała mi mój egzemplarz i mówi „macie załatwione”. Za dwa dni wrócił Stary Wu, właściciel całej galerii, wtedy już mój dobry koleś. Mówię mu, że jest problem bo ja na polskie nazwisko i paszport nie mam jak się zarejestrować a właśnie ruszył cały proces i wszystkie inne sklepy się rejestrowały. Stary Wu mówi: „to się nie rejestruj, olej”, pytam co będzie jak przyjdzie jakaś kontrola (cały czas mój umysł jeszcze za bardzo tkwił w UE) a ten odpowiada: „Jak przyjdą to od razu ich wyślij do mnie. Chodź lepiej coś zjeść i wypić teraz”. Odpowiadam, że nie mam pracownicy i muszę siedzieć w sklepie. Stary i ten problem szybko załatwił. Jako, że na terenie galerii miał duży market spożywczo-AGD oraz pięć własnych butków to wyznaczył jedną swoją pracownicę aby siedziała u mnie na sklepie. Stary Wu mówi: wypożyczam Ci ją dopóki nie znajdziesz sobie swojej ekspedientki.

Ciekawymi też byli ludzie z innych sklepów. Traf chciał, że sklep obok należał do mojego sąsiada w bloku (drzwi w drzwi), który pochodził z Mongolii. Niski ale mocno zbudowany Mongoł potrafił wypić. Nie uznawał piwa, pił tylko i wyłącznie trunki bardzo wysokoprocentowe. Generalnie poznałem masę ciekawych ludzi, takie średnie Chiny, średnie biznesy. Przecież co dzień był jakiś problem: towar z defektami, awaria prądu, awaria klimy, transport towaru, pracownica, przesyłka towaru, sprzedaż, pakowanie. To nie tylko moje problemy, ludzie wokół mieli podobne i ja siedziałem w tym wszystkim. Tam nikt słowa po angielsku nie mówił więc i język chiński poszedł mi bardzo do przodu. Takich Chin nie znają obcokrajowcy pracujący w Chinach na etatach w szkołach czy korporacjach czy studenci. Ja bywałem u tych ludzi w domach, razem jadłem, razem piłem i razem rozwiązywałem problemy.

Sklep szedł średnio ale szedł, zawsze coś z tego było. Wielkie osiedle naprzeciw, fakt jak otwieraliśmy to było może w 20% zaludnione. Dziś jak tam ostatnio byłem w odwiedzinach (połowa 2014) to ruch straszny, 100 % obłożenia na osiedlu więc i klientów razy 5 w galerii. Kolejna sprawa to ja też nie miałem idealnego asortymentu pod tych ludzi tam, to wielkie blokowisko było dla wieśniaków, którym rząd odebrał ziemię i w ramach rekompensaty dał mieszkania. Tacy klienci nie mają potrzeb aby nabywać rzeczy związane z kulturą Europy ale i tak jak się ma dużo znajomych, jak się ma 20 tyś osób na osiedlu naprzeciw sklepu to klient zawsze się znajdzie. Asortyment lekko ewoluował. Na początku był bursztyn, obrazy olejne, książki europejskich klasyków po chińsku, wyroby drewniane (modele broni, statków), lampy naftowe, zegary, ramki do zdjęć, barokowe lampy, aparaty telefoniczne w drewnianej obudowie, itd. Potem więcej „tandety” na upominki jak zapalniczki w różnych ciekawych aranżacjach, zegarki elektroniczne, podświetlane ramki do zdjęć, różne pozytywki, sztuczne kwiaty, figurki, kubki, repliki pieniędzy ze świata, gry planszowe, otwieracze do butelek, szkatułki, itd.

W Chinach przy tego typu biznesach, żadnych ZUS-ów, fiskusów czy innych srusów na swojej drodze nigdy nie spotkałem. Deng Xiaoping powiedział do Chińczyków: „bogaćcie się” i ja Polak się w to jakoś wkręciłem. Drobni handlarze żyją w Chinach bez stresów. To co sprzeda to jego a w takim systemie zawsze coś tam się sprzeda bo ludzi wokół mają kasę, żywą gotówkę.

Ja w pierwszej połowie 2013 roku opuściłem Tianjin i przeniosłem się do Changsha i teraz tutaj mieszam. Stary Wu dorobił się już trzeciej galerii handlowej (2 w Tianjin, 1 w Shijiazhuang), do tej pory utrzymujemy bardzo dobry kontakt towarzyski. Z innym kontakt jest mniej intensywny ale czasem na WeChat czy jak wpadnę to gdzieś wyskoczymy. Sklep nosił polską nazwę Morze Bałtyckie, po chin. Bo Luo Di Hai 波罗的海, ponieważ sztandarowym produktem były wyroby z bursztynu bałtyckiego.

Jeszcze raz podkreślam, że doświadczenie jakie wtedy zdobyłem procentuje do dziś i było pierwszym krokiem w wejście w prawdziwe Chiny, w chiński biznes klasy średniej w praktyce a nie w teorii.

Źródło: http://raportzpanstwasrodka.blog.onet.pl/2015/02/27/polski-sklep-w-chinach/